30.12.2015

The 100's 30 Day Fanfiction Challenge - Dzień #8

Motyw: Ulubiony sezon
Dzieje się: Sezon 2; okolice odcinka Coup de Grâce; Mount Weather
Inne uwagi: Mniej lub bardziej znane wydarzenia z nieco innej perspektywy
Więcej o Fanfiction Challenge: [link]

Podczas gdy setka i ocalali z Arki muszą walczyć o przetrwanie, mieszkańcy z Mount Weather wiodą normalne życie. Niestety przybycie obcych z zewnątrz zaczyna zakłócać tę sielankę .



Kolacja przebiegała w jak najlepszym porządku. Tak dobrze, że Rick umierał z nudów. Żałował, że nie może zabrać jedzenia ze sobą. W swoim skromnym mieszkanku mógłby usiąść z kredkami i narysować coś ładnego. Słyszał, że jedna z nowych umiała rysować i bardzo chciał ją poznać. A w jego dziecięcym mózgu uroiło się, że musi najpierw pokazać, że jego umiejętności są warte uwagi, a więc przynieść nowej własną pracę.
- Hej, kochanie, czemu nie jesz? - Tata pochylił się nad nim, z łagodnym uśmiechem na twarzy.
- Nie mam już ochoty... - Rick spojrzał na swój talerz. Jedzenie było ledwo tknięte.
- To może chociaż zjesz kawałek ciasta, co? - Mężczyzna spytał, stawiając przed nim talerzyk z pysznie wyglądającym murzynkiem. Chłopiec roześmiał się.
- Jesteś bardzo przekonujący! - Odparł, już z kawałkiem ciasta w ustach.

***

Kładąc się do łóżka, Rick raz jeszcze spojrzał na własnoręcznie wykonany obrazek. Przedstawiał on las i jezioro – widział gdzieś taki obraz tu, w Mount Weather. Zapadł mu głęboko w pamięci.
Już miał go odłożyć, gdy usłyszał nad sobą głos taty.
- Co tam masz? - Pokazał mu pracę. - Ślicznie!
Rick uśmiechnął się, zadowolony. Cieszyło go, że tata jest niego dumny.
- Wiesz, kiedy już przyjmą mnie do naziemnych oddziałów, będę widywał takie rzeczy codziennie...
- Naprawdę? - Oczy chłopca zrobiły się wielkie jak spodki.
- Słowo. I wszystko ci opowiem. - Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. - Ale teraz kładź się spać.
- No już dobrze, tato...

***

Korytarze Mount Weather rozbłysły dziennym światłem, a głośniki oznajmiły początek nowego dnia. Tylko te sygnały mówiły mieszkańcom, jaka pora panuje na zewnątrz. One sterowały ich codziennością, snem i obowiązkami od najmłodszych lat. Dotyczyło to również małych dzieci, dlatego teraz Rick szykował się do szkoły. Jego tata był teraz na służbie, więc zajmowała się nim matka.
- Myślisz, że będę mógł zobaczyć tych nowych? - Spytał. Jak wszystkie dzieci w Mount Weather był niezwykle ciekawy obcych, którzy niedawno trafili do ich domu.
- Nie wiem, słonko. Oni mają własne zajęcia.
- A na przykład jakie, mamo?
- Nie mam pojęcia. Ale możesz zapytać tatę, kiedy wróci popołudniu. On będzie wiedział więcej.
- Tak zrobię! - Stwierdził zadowolony z siebie chłopiec. Jego matka uśmiechnęła się.
- No, leć już, bo spóźnisz się do szkoły!
- Tak jest, mamo! - Rick zasalutował nieporadnie i pobiegł.

***

Razem ze swoimi przyjaciółmi wchodził już do klasy, kiedy na korytarzu zjawił się jeden ze strażników. Rick pod wpływem impulsu podszedł do niego.
- Przepraszam, czy pan pracuje w oddziale na powierzchni? - Strażnik wyglądał na zaskoczonego, ale skinął głową.

- Mój tata trenuje, żeby trafić na powierzchnię. - Odparł zadowolony. Z tyłu usłyszał głos ponaglającej go nauczycielki. Uśmiechnął się jeszcze do mężczyzny, po czym radośnie pobiegł do klasy. Na jego plecaku dumnie widniało nazwisko: Lovejoy.

1 komentarz :

  1. Mam ochotę płakać! Genialny pomysł, nawiązanie do jednej z najbardziej wzruszających scen w 2 sezonie jest mistrzowskim posunięciem <3

    OdpowiedzUsuń