31.12.2015

The 100's 30 Day Fanfiction Challenge - Dzień #9

Motyw: Ulubiony odcinek
Dzieje się: W czasie odcinka Resurrections; TonDC
Inne uwagi: Drastyczne opisy
Więcej o Fanfiction Challenge: [link]

Kiedy Clarke pozwoliła pociskowi trafić TonDC, swoją decyzją zabiła wielu ludzi. Inni natomiast byli zmuszeni do brutalnej walki o życie.


Z góry dobiegały krzyki ludzi, jęki bólu, rżenie przerażonych koni, przytłumione przez warstwę gruzów, które obecnie stanowiło TonDC. Co jakiś czas do tego dochodził zgrzyt metalu czy łomot betonu, jako że rumowisko nie było stabilne.
Krait gwałtownie otworzył oczy, ciężko wdychając pylaste powietrze. Rozejrzał się dookoła. Z przerażeniem odkrył, że nie czuje lewej ręki, przebitej na wylot dwoma pordzewiałymi pręty. Reszta ciała sprawiała wrażenie sprawnej, ale ciężko mu było to określić z pozycji leżącej. Starając się nie obluzować niczego wokół siebie, powoli uniósł się odrobinę. Po chwili intensywnego wysiłku udało mu się obrócić w taki sposób, by usiąść, pomimo unieruchomionej ręki.
Mężczyzna szybko odkrył, że o ruszeniu jej nie ma mowy, a pręty musiały uszkodzić nerwy, ponieważ nie tylko nie czuł w niej bólu, ale miał wrażenie, jakby w ogóle nie była częścią jego ciała. Po chwili prób doszedł do tego, że czucie kończy mu się kawałek przed łokciem. Niewiele dłużej zajęło mu wywnioskowanie, że jeśli chce przeżyć i się stąd wydostać, będzie musiał się pozbyć ręki.
Jeszcze raz badając teren wokół siebie, zauważył swój nóż, leżący w szczelinie pod blokiem betonu. Na szczęście sięgał tam nogą, więc niedługo później udało mu się przesunąć go na tyle, by chwycić go prawą ręką. Zacisnął zęby, przygotowując się na ból. Chociaż trening uczynił go odpornym, rany zadawane przez kogoś nie były tym samym, co obcinanie samemu sobie kończyny.
Ścisnął rękojeść noża mocno i bez wahania ciął rękę przy łokciu. Ostrze było ostre, ale nie na tyle, by jednym ciosem przeciąć kość. Ból był na tyle silny, że Krait mimowolnie krzyknął. Mimo to, nie poddał się. Zamiast tego wycelował nóż w to samo miejsce co wcześniej i kontynuował cięcie.

***

Nie miał pojęcia, ile czasu minęło. Leżał wyczerpany i zlany potem. Był niemal pewny, że właśnie zżera go gorączka. Wiedział, że powinien jak najszybciej wydostać się na powierzchnię, ale nie miał siły się ruszyć. Obok niego, wciąż nadziana na pręty, leżała jego ręka. Udało mu się zatamować krwawienie swoją koszulką, ale był to opatrunek prowizoryczny i w dodatku nie chroniący przed zakażeniem.
Gdzieś z góry dobiegały odległe głosy. Usłyszawszy je, Krait zacisnął mocno zęby. Był ziemskim wojownikiem, jednym z Trikru, nie mógł tak łatwo się poddać.
Mężczyzna wstał na tyle, na ile był w stanie w ciasnej przestrzeni, która go więziła. Przyciskając kikut do piersi, prawą ręką szukał jakiejś szczeliny na tyle dużej, by być w stanie się przez nią przecisnąć.
Właśnie gdy mu się udało, usłyszał za sobą przeciągły zgrzyt i łoskot. Rumowisko się zapadało. Kończył mu się czas. Czym prędzej wlazł na ciasnego przesmyku, który jak miał nadzieję, zaprowadziłby go na powierzchnię. Kikut lewej ręki wciąż ocierał się o gruz, powodując niewyobrażalny ból. Mimo to wciąż czołgał się na przód, walcząc o swoje życie.

***

Powiew wiatru, który poczuł na twarzy, był niczym deszcz dla spragnionego wędrowca. Krait uśmiechnął się, jednocześnie krzywiąc się z bólu i ruszył nieco szybciej, by przeczołgać się przez ostatnie gruzy.
Gdy wydostał się na powierzchnię, jego serce rozpierała radość, ponieważ przeżył. Jednak gdy rozejrzał się dookoła, widząc płomienie i ciała jego współplemieńców, zagościł w nim także gniew.
Wiedział, że sprawcy tego pożałują. Krew musi mieć krew.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz