06.01.2016

The 100's 30 Day Fanfiction Challenge - Dzień #15

Motyw: Dowolny wybór
Dzieje się: Początki 1 sezonu; Ziemia
Inne uwagi: AU w którym Clarke i Bellamy nie dochodzą do porozumienia; Bellamy x Reader; skrót [T/I] oznacza Twoje Imię
Więcej o Fanfiction Challenge: [link]

Clarke i Bellamy nie byli w stanie się dogadać, oboje pragnąc przejąć kontrolę nad resztą setki. Wolałaś się w tę rywalizację nie mieszać i szło ci to całkiem nieźle, do czasu...



- Będziemy potrzebowali więcej jedzenia! - Zawołała Clarke zdecydowanym, nieco władczym tonem, patrząc przy tym znacząco na Bellamy'ego. Przyglądałaś się temu z boku, zajęta wiązaniem ze sobą kolejnych części palisady, która w niezłym tempie powstawała wokół waszego prymitywnego obozu.
- Robi się, księżniczko! - Odkrzyknął drwiąco, pod nosem parskając ze śmiechu. Kilka osób mu zawtórowało. Clarke to zignorowała. Nie było to nowością. Nastrój rywalizacji i niechęci wobec siebie podzielił was na trzy grupy – zwolenników jej, Bellamy'ego albo neutralnych. Ty należałaś do tej ostatniej grupy. Polityka, którą śmiało można było nazwać to wszystko, zupełnie cię nie interesowała. Zamiast tego wolałaś skupić się na przetrwaniu, okazjonalnie podziwiając piękno Ziemi.
- Hej ty! - Podskoczyłaś, wyrwana ze swoich przemyśleń.
- Ja? - Spytałaś niepewnie, zastanawiając się, czy słowa na pewno były skierowane do ciebie.
- Tak ty, jak masz na imię? - Bellamy trzymał w ręku nóż i patrzył na ciebie wyczekującym wzrokiem.
- [T/I] – Odparłaś po chwili wahania. Miałaś nadzieję, że tym samym nie wpakowałaś się po uszy w jakieś kłopoty.
- Świetnie, [T/I], idziesz z nami! - Nadzieja matką głupich. Nie mając za bardzo wyboru, szybko uznawszy, że otwarty sprzeciw byłby jeszcze gorszy w skutkach, ruszyłaś za chłopakiem. Po drodze zgarnęliście jeszcze jakąś dwójkę i skierowaliście się w stronę lasu.
- Gdzie idziemy...? - Spytał jeden z pozostałych, widocznie nie ogarniając jeszcze bagna, w które wpadł.
- Nie słyszałeś księżniczki? Potrzebujemy jedzenia. - Odparł twardo Bellamy. Słysząc jego surowy ton doszłaś do wniosku, że bezpieczniej będzie milczeć.

***

Minęła chwila, zanim znaleźliście ślady jakiegoś zwierzęcia. Nie miałaś wątpliwości, że w dużej mierze była to wina dowódcy tej wyprawy, jako że dobrał ludzi przypadkowo, a nie pod względem umiejętności. Cała grupka zatrzymała się więc, by przejść do kolejnej zagwozdki.
- Czy ktoś z obecnych umie rzucać nożem? - Bellamy popatrzył po was uważnie. Nieśmiało podniosłaś rękę.
- Znakomicie. [I/T], prawda? - Uśmiechnął się. Musiałaś przyznać, że jego uśmiech był uroczy. Wręczył ci jeden z noży, które przy sobie nosił. Po chwili skinął na resztę.
- Zostańcie tutaj i czekajcie na nasz sygnał. Jeśli uda nam się złapać zdobycz, damy znać i waszym zadaniem będzie ją zanieść do obozu. - Kiedy oboje skinęli głową na znak, że zrozumieli, ruszyliście za tropem. Nawet dla ciebie nie było wielkim zaskoczeniem, że prowadził do wodopoju. Tam, przy brzegu niewielkiego strumyka, dostrzegliście masywne, pokryte brązową szczeciną zwierzę. Stare podręczniki, które przeglądałaś kiedy na Arce, identyfikowały je jako dzika. Wokół ciemnobrązowego, dużego osobnika hasały trzy prążkowane warchlaki.
Podeszliście najbliżej jak się dało bez alarmowania waszych ofiar. Bellamy popatrzył na ciebie. Wasze spojrzenia się zetknęły. W waszych oczach błysnęła iskierka porozumienia. Chłopak wystawił trzy palce. Skinęłaś głową. W myślach policzyłaś do trzech. Raz. Dwa. Trzy. Rzuciłaś noż dokładnie w tym samym momencie co on. Ostrza pofrunęły ze świstem, wbijając się w ciała dwóch warchlaków. Pozostały podniósł kwik, na co dorosły wpadł w szał. Dopiero wtedy zdaliście sobie sprawę z głupoty własnej decyzji. Gdybyście najpierw wyeliminowali matkę, mielibyście szanse złapać młode. W ten sposób tylko ją wkurzyliście. I nie zajęło jej dużo czasu wyniuchanie was. W kilka sekund rzuciła się szarżą w waszą stronę.
- Biegnij! - Zawołałaś, sama pędząc między drzewami. Czegoś takiego nigdy nie uczyli was na Arce, nawet na lekcjach przetrwania. Jednak myśląc logicznie, szybko doszłaś do wniosku, że potrzebujesz drzewa, na które powinnaś się wspiąć, by kły wściekłego dzika cię nie dosięgły.
- Drzewo! Biegnij na drzewo! - Wrzasnęłaś w kierunku Bellamy'ego, który pędził równolegle do ciebie, w odstępie kilku metrów.

***

Mieliście gigantyczne szczęście, że w porę udało wam się dobiec do rozłożystej sosny, której gałęzie znajdowały się na tyle nisko, że można było do nich doskoczyć, ale na tyle wysoko, że dzik nie dałby rady do nich dosięgnąć.
Teraz, siedząc wśród nieco wyższych konarów, oddychaliście ciężko.
- Dzięki za radę...[T/I]. - Odezwał się Bellamy po dłuższej chwili.

- Nie ma za co. - Uśmiechnęłaś się lekko, wciąż próbując uspokoić oddech. Chłopak odwzajemnił uśmiech, a tobie przyszło do głowy, że może wcale nie jest taki zły, na jakiego chce wyglądać...

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz