02.01.2016

The 100's 30 Day Challenge - Dzień #11

Motyw: Oparty o piosenkę
Dzieje się: Druga połowa sezonu 2; Mount Weather
Inne uwagi: Inspirowane tą piosenką: [link]; AU w którym Cage ma dziewczynę
Więcej o Fanfiction Challenge: [link]

Cage miał dobre powody, by wykorzystać setkę do własnych celów. Ale nawet wśród najbliższych mu osób były takie, które sprzeciwiały się jego idei, a on nie przyjmował tego lekko.


W Mount Weather zbliżała się nocna zmiana. Cage z satysfakcją skończył obchód całego bunkra, gratulując ludziom dobrej roboty i sprawdzając, czy mieszkańcy mają dostęp do wszelkich możliwych wygód. Na końcu upewnił się, że ich goście z zewnątrz wciąż znajdują się pod kontrolą.
Gdy dotarł do swojego pokoju, był już zmęczony całym dniem pracy, choć jednocześnie podekscytowany możliwościami, jakie teraz mieli. Dzięki szpikowi przybyszów wkrótce będą w stanie w pełni podziwiać piękno natury bez potrzeby noszenia kombinezonów. Wszyscy.
W środku czekał na niego gość. Na jej widok na twarzy Cage'a pojawił się uśmiech.
- Co cię do mnie sprowadza, kochanie? - Chwycił kobietę w objęcia, wtulając twarz w jej kasztanowe włosy. Pachniały czystością.
- Nie potrzebuję powodu, żeby cię widywać. - I ona się uśmiechała, a jej melodyjny głos brzmiał w uszach mężczyzny jak anielski chór. Pocałowała go w policzek i odsunęła się odrobinę, by spojrzeć mu w oczy. Błyskały w nich radosne iskierki.
- Jak ci minął dzień?
- Jak co dzień... Na szczęście te łobuzy nie znalazły sobie żadnego nowego psikusa. - Referowała oczywiście do dzieci, które uczyła. - A Tobie?
- Wszystko znajduje się pod kontrolą. Co więcej, zdradzę ci w tajemnicy... - Nachylił się nad nią, po czym wyszeptał jej do ucha: - Wkrótce będziesz mogła wyjść na powierzchnię.
Kobieta odsunęła się od niego zaskoczona.
- Co znowu wymyśliłeś, Cage?
- Mir, nic nie wymyśliłem. Skorzystałem z tego, co wpadło w nasze ręce. - Miranda przekrzywiła głowę, nie rozumiejąc co ma na myśli. Chwila minęła, zanim w jej głowie zakiełkował przerażający pomysł.
- Chyba nie chcesz powiedzieć, że wykorzystujesz te biedne dzieciaki? - Zawołała, zasłaniając sobie usta ręką. Na samą myśl robiło się jej słabo.
- Dokładnie. Co prawda krew ma tylko chwilowe właściwości, ale szpik kostny... - Dopiero teraz zauważył, że Miranda odsunęła się od niego na znaczną odległość.
- Kochanie, o co chodzi? - Spytał zaniepokojony.
- Krzywdzisz niewinnych nastolatków. Jesteś potworem. - Jej głos drżał lekko. Cofała się do drzwi.
- Słucham?! - Cage podniósł głos o dwa tony. Na twarzy pojawił się grymas złości.
- Dobrze słyszałeś!
- Masz czelność mnie nazywać potworem?!
- Owszem! Nie mam innego określenia na twoje okrucieństwo!
- Okrucieństwo?! Robię to dla naszych ludzi! Byśmy wszyscy mogli cieszyć się blaskiem słońca i szumem wiatru! - Głos Cage'a stał się agresywny. Zaczął się zbliżać do Mirandy, z gniewem błyskającym w oczach.
- Byłam w stanie tolerować to całe spuszczanie krwi z Ziemian. Nie popieram tego, ale te dzieciaki, w przeciwieństwie do dzikusów, zostały ugoszczone przez twojego ojca. O czym zdaje się zapomniałeś!
- O! Nie mieszaj w to mojego ojca! - Mężczyzna zmusił kobietę do wycofania się za drzwi. W tej chwili praktycznie na nią warczał.
- Jak sobie chcesz! Ale nie chcę mieć z tym, ani z tobą, nic wspólnego! - Krzyknęła Miranda, po czym odwróciła się gwałtownie i uciekła. Cage walnął otwartą dłonią w ścianę przy drzwiach, po czym trzasnął nimi z całej siły. A było tak dobrze...
Nieszczęśliwy, usiadł w fotelu i schował głowę w dłonie. Wiedział, że dobrze robi, poświęcając dzieciaki na rzecz całej ich społeczności. Chciałby tylko, by Miranda również to dostrzegła.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz