24.12.2015

The 100's 30 Day Fanfiction Challenge - Dzień #2

Motyw: Punkt widzenia ulubionej postaci męskiej
Dzieje się: W trakcie 2 sezonu; TonDC
Inne uwagi: Niewielkie spoilery z sezonu 2; Kane; Lexa; zwyczaje Ziemian; przepraszam za ew. błędy przy użyciu trigedasleng
Więcej o Fanfiction Challenge: [link]

Jaha zostaje uwolniony i wysłany z wiadomością do obozu Ludzi Nieba. Tymczasem Kane staje się gościem-zakładnikiem Lexy.




 Po kilku dodatkowych godzinach spędzonych w prymitywnym więzieniu Ziemian, Marcus przyjął propozycję Lexy chętnie, choć z nieufnością. Teraz, prowadzony do namiotu przywódczyni, zastanawiał się, czy aby na pewno podjął dobrą decyzję.
- Witaj. - Jego rozmyślania przerwał spokojny, zdecydowany głos ziemskiej liderki. W milczeniu ukłonił się lekko, mając nadzieję, że we właściwy sposób oddaje należny jej szacunek. Towarzyszący mu strażnicy odsunęli się, a Lexa gestem pokazała, by usiadł naprzeciwko niej. Mężczyzna wykonał polecenie i z ciekawością spojrzał na zastawiony stół pomiędzy nimi.
- Mam nadzieję, że nasze jedzenie ci posmakuje. Śmiało, spróbuj. - Przywódczyni zachowała kamienną twarz, ale Marcus instynktownie czuł, że jeśli odmówi, może się to źle skończyć. Mimo to patrzył na jedzenie nieufnie. Nawet głód nie doskwierał mu na tyle, by lekkomyślnie rzucić się na stojące przed nim potrawy. Zamiast tego wbił pytające spojrzenie w kobietę.
- Gdybym chciała cię widzieć martwego, już dawno byłbyś martwy. - Stwierdziła Lexa z nutką znudzenia w głosie. W myślach Kane przyznał jej rację. Przekonany w ten sposób, nałożył sobie na drewniany talerz, czy raczej udający go duży kawał kory, jakieś korzenie i pieczony udziec. Musiał przyznać że w przeciwieństwie do tego, czym się żywili na Arce, to były prawdziwe rarytasy. Po kilku kęsach, podczas których uważnie obserwowała go reszta zbiorowiska przy stole, mężczyzna w końcu postanowił się odezwać.
- Czemu zawdzięczam taki zaszczyt? - Jego pytanie było autentyczne, brakowało w nim sarkazmu. Naprawdę uważał, że Lexa zasługuje na szacunek. Spojrzenia obojga zetknęły się. Kobieta zmierzyła go wzrokiem, po czym odparła:
- Wojna wyniszcza moich ludzi tak samo jak twoich. Tymczasem wszyscy znajdujemy się w większym niebezpieczeństwie i wierzę, że jedynie sojusz jest w stanie je powstrzymać. - Ton jej głosu był pozbawiony emocji, podobnie jak jej twarz. Kane skinął głową w zrozumieniu.
- Podoba mi się twój tok myślenia. - Stwierdził. - Ale nie wiem, czy nasi ludzi będą w stanie dojść do porozumienia. Różnice kulturowe mogą okazać się zbyt duże, zwyczaje niezrozumiałe...
- Więc potrzebujemy kogoś, kto nas zrozumie i kogoś, kto zrozumie was. W drugim przypadku, idealnym kandydatem jest Lincoln. W pierwszym... - Lexa zerwała się z miejsca.
- Tag in gonakru! - Poleciła siedzącym obok wojownikom. Ci posłusznie pobiegli wykonać rozkaz.
- Pokażemy ci kawałek naszej kultury. - Kobieta uśmiechnęła się, po czym skierowała się ku wyjściu z namiotu, prowadząc Marcusa za sobą.

***

Nie minęło dużo czasu i zarówno konie, jak i jeźdźcy byli gotowi. Kane również dostał wierzchowca, ale Lexa nie wręczyła mu żadnej broni. Nie był w stanie jej za to winić – w końcu z ich perspektywy wciąż mógł stanowić zagrożenie.
Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, wyruszyli. Puszcza wokół była cicha i kiedy tak przez nią jechali, wydawało się jakby cała natura wstrzymała oddech w oczekiwaniu, co będzie dalej. Bardzo szybko natrafili na świeże ślady zwierzęcia – jelenia – które miało zostać dzisiejszą ofiarą. Dwóch ludzi, prawdopodobnie łowców, których mieli zabrać ze sobą, zbadało je dokładnie. Następnie cała grupa ruszyła kłusem przez las pogrążony w mroku. Mech wyciszał tętent kopyt. Niedługo później otoczyło ich delikatne, niebieskawo-zielone światło, którego źródłem były luminescencyjne, spryskane radiacją grzyby na drzewach. W tej magicznej poświacie krajobraz wydawał się być wyciągnięty żywcem ze snu. Marcus zaskoczony, czy nawet zauroczony patrzył na te cuda natury. Odkąd trafili na Ziemię, nie miał okazji oglądać tak niezwykłego spektaklu – chociaż zachwycały go najmniejsze rzeczy – i po raz pierwszy dał to po sobie poznać.
- Ładnie, eh? - Zagadnął go cicho jeden z jadących obok wojowników. Kane odwrócił się zaskoczony. Mężczyzna na oko mógł być nieco starszy od niego, chociaż niewykluczone, że to trudy życia postarzyły go o kilka lat. Uśmiechał się lekko. Marcus przytaknął po chwili, wciąż oniemiały.
- Musisz wiedzieć, że Heda chce dobrze... - Chciał coś jeszcze dodać, ale w tym momencie zabrzmiał róg i wszyscy jeźdźcy pospieszyli konie, przechodząc ze swobodnego kłusa w galop. Mężczyźni nie mieli większego wyboru, jak dostosować się do reszty towarzyszy, gdyż ich konie również popędziły przed siebie. W powietrzu czuć było narastającą ekscytację. Łuki i włócznie były gotowe do akcji.
Wkrótce do wytłumionego tętentu kopyt i dźwięków rogu dołączyły ludzkie okrzyki. Widocznie jeleń, a właściwie całe stado, znalazły się w zasięgu wzroku. Zaczął się pościg. Rozświetlony las migał po bokach, gdy galopowali, starając się otoczyć jelenie. Nie zajęło im to dużo czasu, dzięki sprawnej współpracy wszystkich uczestników. Kane musiał przyznać sam przed sobą, że była ona imponująca.

Polowanie zaskakująco szybko dobiegło końca. Wszystko poszło sprawnie i wkrótce jechali przez las z powrotem do obozowiska. Ziemianie w większości milczeli, jakby wiedzieli, że ta ogromna puszcza ich podsłuchuje i tylko czeka na błąd. I pewnie tak było...

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz