23.12.2015

The 100's 30 Day Fanfiction Challenge - Dzień #1

Motyw: Punkt widzenia ulubionej postaci kobiecej
Dzieje się: Kilka dni po zakończeniu sezonu 2; Camp Jaha
Inne uwagi: Spoilery z sezonu 2; relacja między Bellamym a Abby; alkohol
Więcej o Fanfiction Challenge: [link]

Po wydarzeniach w Mount Weather Abby co noc ma koszmary. Kiedy jednak postanawia ochłonąć podczas spaceru, odkrywa, że nie tylko ona wciąż odczuwa skutki traumatycznych okoliczności.


Ciemność. Krzyki. Popychanie. Nagłe światło. Ból. Więcej krzyków.
Abby usiadła gwałtownie na pryczy oddychając ciężko. Koszmary związane z pobytem w Mount Weather wracały co noc. Niejednokrotnie budziła się gwałtownie, przerażona, mając wrażenie, że nigdy się stamtąd nie wydostała.
Uspokoiła trochę oddech i rozejrzała się po ciemnym namiocie, w którym mieszkała. Na krześle przy jej łóżku spał Marcus. Kobieta uśmiechnęła się delikatnie na jego widok. Kane i Jackson wymieniali się co kilka godzin, by zawsze ktoś przy niej był. Właściwie Marcus zapewniał, że może to robić sam, ale po długich namowach samej Abby zgodził się, że sam musi jeszcze sypiać, a ponadto zajmować się obozem.
Starając się nie uczynić żadnego hałasu, kobieta wyślizgnęła się ze śpiwora. Potrzebowała odetchnąć świeżym powietrzem, by odegnać nocne koszmary, więc szybko wzuła buty na nogi i cichutko opuściła namiot, nie chcąc budzić śpiącego mężczyzny. I tak robił dla niej więcej, niż powinien.
Chłodnawe nocne powietrze kąsało ją lekko w nos. Odetchnęła głęboko, chcąc oczyścić umysł, po czym ruszyła przez obóz, mając nadzieję, że ten spacer choć trochę ją uspokoi. Nagle dostrzegła delikatną łunę światła w jednym z namiotów. Zaciekawiona i jednocześnie zaniepokojona ruszyła w tamtą stronę. Zatrzymał ją stanowczy głos i jaskrawy blask latarki.
- Stać! - Głos brzmiał młodo i należał do jednego z wartowników. Abby uniosła lekko ręce do góry i uśmiechnęła się przepraszająco, jakby chcąc przekazać, że nie zamierzała zakłócać obchodu.
- Och, doktor Griffin! Przepraszam! - Młodzieniec szybko ją poznał i natychmiast opuścił latarkę, by nie świecić jej dalej w oczy. - Jeśli mogę spytać, co pani tu robi? - Dodał po chwili niepewnie.
- Potrzebowałam się przespacerować, nic takiego. - Odparła wymijająco. Wartownik tylko skinął głową i nie zadając więcej pytań, ruszył kontynuować obchód. Abby na powrót skierowała kroki ku lekko jaśniejącemu namiotowi. Będąc bliżej zorientowała się, że namiot należy do Bellamy'ego. Zawahała się, nie wiedząc czy w czymś nie przeszkodzi, ale ostatecznie delikatnie odsunęła materiał i zajrzała do środka.
Widok, który zastała, zaskoczył ją. Bell siedział w kącie namiotu. Jego twarz była cała zaczerwieniona, włosy potargane. W ręce trzymał metalowy bidon. Ulatująca z niego woń alkoholu szybko dotarła do nosa kobiety. Prawdopodobnie była to mikstura z zapasów Jaspera i Monty'ego, w każdym razie sądząc po intensywności zapachu.
- Bellamy? - Spytała cicho, niepewnie. W słabym świetle łojowej lampy, którą dostał od Lincolna, Abby nie była w stanie określić czy płakał czy był pijany.
- To moja wina... - Wybełkotał chłopak. Abby weszła do namiotu ze zdecydowanym wyrazem twarzy.
- Bellamy, o czym ty mówisz?
- TonDC, Mount Weather... To wszystko moja wina. - Po jego policzku spłynęła łza. Kobieta pokręciła głową. Już wiedziała, o czym mówił.
- Nie. Jeśli to ma być czyjakolwiek wina, to moja. Clarke jest moją córką... - Jej głos zaczął się trząść, więc przerwała gwałtownie, po czym wzięła głęboki wdech. - I to ja ją tak wychowałam.
Bellamy zamilkł na chwilę. Następnie podał jej bidon. Abby wzięła go bez słowa i pociągnęła łyk alkoholu. Gorzko-ostry smak zapiekł ją w gardle, ale przełknęła napój, po czym zwróciła bidon. Chłopak także się napił, po czym kontynuował lekko bełkotliwym głosem.
- Mimo wszystko, ostrzegłem Clarke przed atakiem na TonDC, a ona wciąż pozwoliła ludziom zginąć...
- Skąd...?
- Myśli pani, że po obozie nie krążą opowieści? Oczywiście nikt nie wie, że Clarke wiedziała. Ale ja owszem. - Kolejne łzy wykwitły w kącikach jego oczu.
- Zamordowałam mojego męża, bo myślałam, że postępuję słusznie. - Głos Abby był chłodny, jakby chciała się odseparować od tego co powiedziała. - Wzięła ze mnie przykład. - Słowa ciężko zawisły w powietrzu. Bidon znów zmienił właściciela. Oboje trwali dłuższy czas w milczeniu.
W końcu głos Abby przerwał ciszę.
- Doszła do wniosku, że informacje, które możesz nam dostarczyć będą w stanie uratować większą ilość ludzi. Uwięzionych w Mount Weather. - Domyślała się, że to może nie być do końca prawdą. Oczywiście to na pewno był ważny powód, ale równie ważne było dla Clarke życie Bellamy'ego. Jednak nie zamierzała zdradzać tego chłopakowi. To tylko umocniło by jego poczucie winy.
- Ale... Kiedy zamordowaliśmy wszystkich w Mount Weather...
- Uratowaliście mi życie. I pozostałym też, wiesz o tym. - Bellamy nie odpowiedział. Pociągnął duży łyk alkoholu, starając się wymazać to wydarzenie z pamięci. Abby nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Zdawała sobie sprawę z tego, jak wielki ciężar spoczywa na nim i jej córce.
W takim stanie, milczących, znaleźli ich Jackson i Marcus następnego ranka.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz