15.07.2015

"Śnieżyca" - Kabby Fanfiction

Krótki przerywnik między wszystkimi nowinkami z Comic Conu, czyli umiejscowione gdzieś po zakończeniu drugiego sezonu, opowiadanie w zimowym klimacie :)

Autor: Inta
Uwagi specjalne: delikatnie zasugerowane Bellarke, poza tym całość jest prawdopodobnie niezbyt wiarygodna pod względem naukowym, ale miało być dramatycznie, więc musiałam trochę ponaciągać... Mam nadzieję, że wybaczycie ;)

Śnieżyca

Ciemne chmury kłębiły się nad obozem, zwiastując nieuchronne nadejście burzy. Ludzkie sylwetki biegały wokoło, starając się wszystko zabezpieczyć na czas. Na ich tle w oczy rzucały się dwie postacie, które w przeciwieństwie do całej reszty, stały w miejscu i dyskutowały nad czymś zapalczywie.
- Wykaż się rozsądkiem, proszę, Abby! - Ciemnowłosy mężczyzna starał się przekonać stojącą przed nim kobietę.
- Nie! Nie mogę jej tam zostawić! - Ta wyraźnie nie zamierzała dać się uciszyć.
- Nie wiemy nawet, gdzie ona jest! Poza tym, jeśli przetrwała ten cały czas sama, poradzi sobie bez naszej pomocy.
- Nie rozumiesz! Widzisz te chmury? - Wskazała na niebo. - Idzie zima, Marcus. Nie możemy zostawić Clarke na pastwę pogody.
- Skąd wiesz, że nie spotkała Ziemian? Równie dobrze może przeczekać w którejś z ich osad. - Mężczyźnie wcale nie podobała się myśl, że córka kobiety, która była mu tak bliska, może teraz wędrować samotnie przez pustkowia, narażona na wszelkie niebezpieczeństwa tego świata. Ale wiedział też, że jeśli wyśle teraz ekipę poszukiwawczą, będzie ryzykował życiem o wiele większej liczby ludzi.
- Świetnie. Ale wiedz, że z twoją zgodą czy bez niej, nie zostawię mojego dziecka samego w dziczy, wśród śniegu i mrozu. - Doktor Griffin obróciła się na pięcie i ruszyła zdecydowanym krokiem w stronę najbliższych ludzi, z zamiarem pomocy im w przeniesieniu wszystkich zapasów do środka.
- Abby! Czekaj! - Nie minęła chwila, a Marcus już rzucił się za nią. Złapał ją za ramię i obrócił do siebie. - Wciąż uważam, że to szaleństwo, ale nie pozwolę ci iść samej.
- Nie ma mowy! - Znów się sprzeciwiła. - Ktoś musi zostać i zarządzać obozem.
- Zdaję sobie z tego sprawę. I sądzę, że mam dobrego kandydata. - Spojrzała na niego pytającym wzrokiem.
- Jeśli masz na myśli tę osobę, o której myślę, to będzie nalegał, żeby iść z nami.
- Nie, jeśli nie powiemy mu, o co chodzi. - Stwierdził rzeczowo Marcus. - Zgoda?
- Zgoda. W takim razie poinformujmy Bellamy'ego.

***

- Chwila, chwila, co? Zamierzacie zostawić cały obóz pod moją opieką?
- Dasz sobie radę. - Marcus położył rękę na ramieniu chłopaka. - Masz doświadczenie. Wierzymy w ciebie. - Spojrzał mu w oczy, starając się przybrać krzepiący wyraz twarzy.
- W porządku. Więc gdzie dokładnie się wybieracie?
- To misja zwiadowcza. Tylko tyle musisz wiedzieć. - Stwierdziła Abby pewnym głosem. Nie udało im się wymyślić żadnego przekonującego kłamstwa, więc to musiało wystarczyć. Bellamy tylko kiwnął głową, choć w jego spojrzeniu widać było ciekawość.
- Obyśmy spotkali się ponownie. - Powiedział, gdy Abby i Marcus opuszczali pomieszczenie. Odpowiedzieli tym samym i ruszyli, by się przygotować.

***

- Powinniśmy chociaż przeczekać burzę. - Stwierdził Kane, patrząc jak jego towarzyszka pakuje jakieś leki.
- Te chmury kłębią się tak od dwóch dni. Wtedy może być już za późno. - Odparła, wkładając do torby bandaże i ostatecznie ją zapinając.
- Mówił ci ktoś, jak bardzo jesteś uparta? - Mężczyzna złapał ją delikatnie za rękę. Abby zamarła, po czym spojrzała mu w oczy. Patrzyły na nią pełnym zmartwienia wzrokiem.
- Tylko jakieś tysiąc razy. - Uśmiechnęła się lekko i wyswobodziła rękę z jego uścisku.

***
Ziemia była twarda, a miejscami nawet pokryta szronem, choć ten topniał szybko, bo w dzień temperatury nie były jeszcze tak niskie. Dwie ludzkie sylwetki wędrowały przez las, uważnie rozglądając się wokół. Choć oboje poruszali się cicho i sprawnie, o ich obecności świadczyła para ich oddechów. Zza ciemnych chmur nie widać było nawet śladu słońca.
- Jak sądzisz, znajdziemy ją? - Wcześniej niezłomna i pewna, teraz Abby zaczynała wątpić w powodzenie przedsięwzięcia.
- Nie mam wątpliwości. - Skłamał Marcus, by ją pocieszyć. - Lepiej znajdźmy jakieś schronienie, zanim dopadnie nas noc, bo nie damy rady wrócić do tego czasu. - Dodał, skupiając się na czymś, co był w stanie zrobić. Może i priorytetem Abby było znalezienie Clarke, ale jego priorytetem było upewnienie się, że ona sama wróci do obozu w jednym kawałku.
- Zgoda. - Odparła bez entuzjazmu. Jakby na dokładkę, żeby ich dobić i upewnić, że ich wyprawa nie ma sensu, zaczął padać śnieg. Początkowo powoli, delikatnie, białe płatki wirowały w kierunku ziemi. Abby i Marcus przystanęli, patrząc na nie, ona z zachwytem, on z niepokojem.
- Są piękne. - Stwierdziła kobieta, obserwując jak lekko kąsają jej skórę mrozem, a następnie topnieją w zawrotnym tempie. Mężczyzna tylko patrzył na nią. Śnieg może i robił na nim wrażenie, ale nijak się miał do Abby, stojącej wśród tańczących wokół śnieżynek.
- Musimy iść. - Z bólem serca przerwał tą piękną scenę i złapał za rękę swoją towarzyszkę. Ruszyli dalej przez las, starając się dostrzec jakąś jaskinię albo opuszczony dawno temu bunkier. Wkrótce białe płatki zaczęły zasypywać ich z coraz większą częstotliwością, aż w końcu przestali widzieć dokąd właściwie idą. Uścisk Marcusa stał się mocniejszy, w miarę jak próbowali przetrwać w tej śnieżycy, przeciwstawić się żywiołowi. Nagle Abby krzyknęła.
- Patrz! Tam! - Wskazała na niewyraźne zarysy, rozmazane przez szalejący śnieg. Powoli ruszyli w tamtym kierunku, starając się nie stracić z oczu konturów czegoś, co wyglądało jak opuszczony budynek. Dopiero gdy byli już naprawdę blisko, zorientowali się, że to pierwszy Exodus, ten w którym wysłali setkę na Ziemię. Wydawało się, że od tego czasu minęły wieki. Z pewnym wysiłkiem udało im się wejść do środka. Choć wiatr wciąż miał dostęp do tego miejsca, a drzwi nie dało się zamknąć, stanowiło dość dobrą ochronę przed śnieżycą na zewnątrz. W każdym razie wystarczającą, by przetrwać. Wędrowcy zrzucili plecaki na podłogę i rozejrzeli się w poszukiwaniu najlepszego miejsca na rozłożenie posłań. W końcu wybrali najbardziej osłonięty kąt i wyciągnęli śpiwory, których zadaniem było zapewnienie im ciepła.
- Mówiłem, żeby przeczekać burzę... - Cicho stwierdził Marcus.
- A ja mówiłam, że będzie za późno. Clarke gdzieś tam jest. - W oczach Abby zaszkliły się łzy. Mężczyzna spojrzał na nią ze zmartwionym wyrazem twarzy.
- Przepraszam. Nie powinienem był nic mówić. - Wyszeptał, delikatnie chwytając palcami kosmyk jej włosów i zakładając go za ucho. - Ale nie płacz. Musisz być silna. - Dodał.
- Nie mam już siły na bycie silną. - Stwierdziła łamiącym się głosem. Marcus wiedział, że po tych wszystkich kłótniach z Clarke, a potem po wydarzeniach w Mount Weather i jej odejściu, Abby była wyczerpana psychicznie. Ale nie okazywała tego, wiedząc że ludzie w obozie potrzebowali wzoru do naśladowania, potrzebowali niezłomnej siły, by przetrwać. Jednak teraz, z dala od Camp Jaha, gdzie nie było innych, którzy ją obserwowali, jej maska opadła, pokazując jak wiele przeszła. Marcus przysunął się trochę bliżej i delikatnie ją do siebie przytulił.
- Będzie dobrze. - Wiedział, że to wyświechtana fraza, w którą nikt nigdy nie wierzył, ale nie wiedział, co innego mógłby jej powiedzieć. Abby nie protestowała, tylko oparła się o niego i starała się powstrzymać łzy, które ciekły po jej policzkach. W końcu jednak wiatr wyjący na zewnątrz, ciepło ciała Marcusa i regularny rytm jego serca ukołysały ją do snu.

***

Kiedy się obudzili, ciężko było im poznać okolicę. Wszystko wokół było pokryte grubą warstwą białego, zimnego puchu. Temperatura spadła gwałtownie w stosunku do dnia wczorajszego. Jednak żaden z tych faktów nie był w stanie przekonać doktor Griffin, by zaprzestała poszukiwań swojej córki. Wręcz przeciwnie, była przekonana, że w tej sytuacji jest to jeszcze ważniejsze, by ją jak najszybciej znaleźć. Cała słabość i kruchość, którą okazywała poprzedniego wieczoru, teraz całkowicie zniknęła. Kobieta była zdeterminowana, by czym prędzej wyruszać. Kane nie protestował, przypilnował tylko, by zjedli coś z racji, które spakowali ze sobą i ubrali się ciepło, by uniknąć odmrożeń. Niedługo później byli już na zewnątrz, otoczeni wszechobecną bielą.
- Mam nadzieję, że Bellamy jakoś sobie radzi w obozie... - Wymamrotał Marcus, obserwując okolicę.
- Postaraj się nie mówić zbyt dużo i oddychać przez nos. - Odpowiedziała mu Abby, dokładnie przeczesując wzrokiem śnieżne zaspy.
- Tak jest, pani doktor! - Zaśmiał się, ale szybko umilkł, zobaczywszy jej groźne spojrzenie. Mimo to uśmiech pozostał na jego ustach. Niestety, nie na długo.
- Abby! - Krzyknął, gdy tylko dostrzegł ciemny, ludzki kształt leżący w śniegu. Kobieta odwróciła się gwałtownie w kierunku, w którym wskazywał, po czym oboje zaczęli przedzierać się przez białe zaspy. Faktycznie, na ziemi leżał człowiek i tak jak obawiała się tego Abby, była to postać znajoma.
- Clarke! - Krzyknęła z przestrachem, gdy tylko obrócili półprzytomną dziewczynę na plecy.
- Mama...? - Miała otwarte oczy, ale jej skóra miała niezdrowy, sino-niebieski odcień.
- Och, Clarke! - Kobieta mocno przytuliła do siebie córkę. Jesteś cała zmarznięta. - Stwierdziła ze zgrozą. - Marcus, musimy szybko dotrzeć z nią do obozu. - Popatrzyła na niego błagalnie, wciąż trzymając dziewczynę w ramionach. Kane skinął głową i pokazał jej, żeby się odsunęła. Ruszyła się z miejsca tylko odrobinę, ale na tyle, że mógł chwycić Clarke i ją podnieść.
- To hipotermia. - Wyszeptała Abby. - Musimy się pospieszyć. - Bez dalszych rozmów ruszyli w stronę obozu. Mimo protestów mężczyzny, doktor Griffin oddała swoją kurtkę córce, by choć trochę ją ogrzać. Sama przy tym marzła, ale upierała się, że da radę dotrzeć na miejsce, a w ten sposób Clarke ma większe szanse. Nie chciała się też zgodzić na przyjęcie kurtki od Marcusa, wmawiając mu, że potrzebuje więcej energii niż ona, by donieść jej córkę do obozu. W końcu Kane poddał się i przestał z nią dyskutować, brnąc w śniegu jak najszybciej.

***

Zaczynało już zmierzchać, gdy w końcu dotarli do Camp Jaha. Wyczerpani i zmarznięci przekraczali bramę, gdzie przywitał ich Bellamy.
- Clarke?! - Krzyknął, gdy ujrzał zawiniętą w kurtkę i dwa śpiwory postać, którą niósł Marcus. Dziewczyna otworzyła oczy, ale jej spojrzenie było nieobecne.
- Czas na radość będzie później, teraz jak możesz, pomóż mi ją donieść do części medycznej. - Kane przekazał chłopakowi Clarke, a sam szybko podszedł do Abby, teraz niemal tak samo wyziębniętej, jak jej córka.
- Jak na doktora, wcale nie potrafisz dbać o swoje zdrowie. - Wyszeptał jej do ucha, po czym wziął ją na ręce i ruszył za Bellamy'm.

***

Doktor Griffin ani myślała o odpoczynku, zanim nie upewniła się, że stan Clarke jest stabilny. Marcus zdołał jedynie wmusić w nią odrobinę ciepłego napoju, a potem mógł tylko bezsilnie obserwować, jak zmarznięta, zmęczona kobieta miota się w tę i z powrotem, regulując temperaturę własnej córki. Gdy wreszcie skończyła, musiał podbiec i ją podtrzymać, bo zaczęła się chwiać na nogach.
- Abby... - Zaczął powoli, patrząc jej w oczy. - Po raz tysiąc pierwszy powtarzam ci, że jesteś strasznie uparta. - Wydusił z siebie, przytulając ją mocno. - A teraz pozwól, doktor Griffin, że zajmiemy się twoją temperaturą.

4 komentarze :

  1. #KabbyIsCanon
    Podobało mi się, zdecydowanie plus za postać Marcusa, rzucał urocze aluzje z których widać było, jak mu zależy na Abby :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS możecie mi może polecić jakieś fanfiction, niekoniecznie po polsku (wręcz chętnie, gdyby po angielsku) i niekoniecznie o Kabby (chociaż najlepiej by było)? :)

      Usuń
  2. Och, ja chcę więcej takich opowiadań. Podobało mi się- napisane na wysokim poziomie, choć fabuła czasem zbyt prosta. ;)

    OdpowiedzUsuń